czwartek, 5 grudnia 2013

depresja a rzucanie palenia

Nie palę 5 dzień, właśnie dopadł mnie kryzys, męczę się i nie wiem czy wytrzymam. Czy rzucanie palenia w depresji ma w ogóle sens? Wątpię. Po co to robię? Nie wiem! Czy czuję się lepiej? Wcale! Mam zawroty głowy, tak jak miałam, serce mi wali jak waliło. Do rzucania palenia potrzebna jest jakaś istkra- motywacja, bez tego ani rusz. Czy ją znalazłam u siebie? A jak sądzicie? Siedzę w domu, nieuczesana, w dresie, pewnie miesiąc nie wyjrzałam na dwór... łzy leją się bez przerwy. Potrzebuję pomocy, krzyczę a jednak nie szukam jej... Czy mam prawo być szczęśliwa? Po co? By znowu dostać od zycia w łeb? Tęsknię za fajkami, bo dawały mi złudne poczucie że czymś zajmuję czas, że coś robię, no i smakowały mi... Więc dlaczego? Nie wiem, być może aż tak bardzo wołam i krzyczę, i tak bardzo czuję się na dnie, że nieświadomie próbuję osiągnąć cokolwiek? Powinnam cieszyć się- 5 dni! ale nie ma we mnie ani krzty radości, wszystko jest bez sensu, ja jestem bez sensu... nie ma komu o tym powiedzieć, nie ma nikogo, kto by wspierał...

czwartek, 25 lipca 2013

żałoba

Wkrótce minie rok od śmierci Mamy... a mnie teraz coraz bardziej dopada rozpacz. Przerabiałam to już 13 lat temu po śmierci Taty. Rok niedowierzania, wegetacji, a potem wszystko puściło i zaczął sie dramat.
Niby rok powinien wystarczyc na dojscie do siebie, na pogodzenie sie z tym. U mnie jest inaczej.
Niedawno byłam sprzątnąć mieszkanie po Rodzicach, umyć okna, przygotować na rocznicę, na jakiś poczęstunek, gdyby ktoś wpadł po Mszy. Kiedy stałam na balkonie usłyszałam dawne sąsiadki Mamy, które zajęły się obrabianiem mi d.... "Od szóstej myła okna! Może będzie sprzedawać mieszkanie!" a potem weszły na temat żałoby i obrabiały mnie, że chodzę w czarnych ciuchach. Te słowa mnie zabolały! Po co, wystarczy tylko trochę, ja tam pani pół roku chodzilam i wystarczy itp. itd. A mnie łzy poleciały... bo kto ma prawo wtrącać się w tak intymne przeżycia. I oczywiście padło też znienawidzone przeze mnie "żałobę ma się w sercu". Kurde!!!!! Jak ja tego nie nawidzę. Nie widzę nic złego w tym, że ktoś nie nosi wcale żałoby, tłumacząc się taką wymówką. Dla mnie jednak głęboka żałoba w sercu nie idzie w parze z radością i kolorowymi ciuchami! Przecież moje serce krzyczy- jest mi źle, jest mi smutno, jestem zrozpaczona!!! Jak mam wbrew sobie założyć kolorową kieckę? Dla mnie nawet ten rok to za mało. Nie wiem co będzie za tydzień... minie rok. I co, tak jak ręką odjął mam wskoczyć w kolorki? Czy narażać się na głupie ploty, głupich ludzi, nie przejmować się i ubierać nadal tak jak mi serce podpowiada?

czwartek, 13 czerwca 2013

mija czas...

... a lepiej nie jest :(
wciąż dręczą mnie koszmary, wciąż śni mi się, że ktoś umiera, wciąż ktoś odchodzi... tak bardzo się boję! Serce chce mi wyskoczyć z piersi. Boję się zostać choćby na chwilę sama... Boję się zasypiać i boję następnego dnia. Nienawidzę siebie za każdy dzień, za każdą chwilę spędzoną bez Rodziców. Za wyjazdy na wakacje, za wyjścia ze znajomymi itp. a przecież to normalne... Siedzę i wyć mi się chce. Zabijam sama siebie wyrzutami sumienia. Jestem masochistką? Ten ból jest okropny, ale wydaje mi się, że nie mam prawa przestać się zadręczać. Fiksuję, wiem. Myśli mi się plączą. Nie umiem nic składnie napisać.

czwartek, 18 kwietnia 2013

wstać z łóżka

Wstać z łóżka, przecież to nic trudnego... a jednak ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę otwierać oczu, trudno wyjść spod kołdry. Za oknem spiewają ptaki - prawie jak w lesie, świeci słońce... a mnie denerwuje to świergolenie, wwierca się w czaszkę, słońce jakby kpiło ze mnie. "Normalni" ludzie od godzin juz funkcjonują a ja myslę czy wstać i po co? Jak co dzień serce chce mi wyskoczyć z piersi, tętno ponad 100.
W końcu zwlekam się z łóżka i pierwsza czynność to łyknięcie Lorafenu. Niech trochę uspokoi to walenie serca. wiem to nie leczy, ale pozwala mi tymczasem jako tako funkcjonować. Siadam na fotelu, nadal w szlafroku... nawet nie myslę. Pustka w głowie. Za chwilę godz. 11, nic nie zrobiłam, za mna już kilka wypalonych papierosów." Dziecko tylko nie pal"- słowa wypowiedziane w ostatnie wspólne swięta przez moją Mamę. Nawet tego nie umiem dla niej zrobić :(
W kuchni stos brudnych naczyń, na głowie zupełnie posiwiałe od przeżyć włosy, nie mam siły ich pofarbować, nie chce mi się nawet umyć. Jak trudno wykrzesać z siebie odrobinę siły. Jak trudno myśleć pozytywnie... Każda czynność mnie przerasta. I tak dzień za dniem...

środa, 17 kwietnia 2013

ostatni "prezent"

Ciężko mi na sercu... w sobotę urodziny Mamy. Obiecałam sobie, że na ten dzień zrobię Jej ostatni prezent, taki materialny. Postawię pomnik. I znowu plany pokrzyżowała moja choroba. Kamieniarz musiał czekać na moją ostateczną decyzję a ja męczyłam się z grypą. Dziś dopiero dogadalismy ostatnie szczegóły. Pomnik będzie z tygodniowym poślizgiem... wiem, to nic takiego, Mamie to już nie robi różnicy. Więc dlaczego znowu czuję się podle, że znowu zawiodłam? Po pogrzebie pomyślałam, że do postawienia pomnika jeszcze coś robię dla Niej, coś działam, w jakiś sposób jest w moim życiu... Teraz pozostanie tylko modlitwa. Tylko i aż, bo gorąco wierzę w jej moc. Tylko tak bardzo chciałabym kupować Jej prezenty, rozmawiać, przytulić się, wyżalić...
13 lat od śmierci Taty bardzo mnie zbliżyło emocjonalnie do Mamy. Choć wcześniej wciąż powtarzałam, że jestem córeczką Tatusia... a teraz oboje już są po drugiej stronie... żeby chociaż Mama przysniła mi się, powiedziała coś co uspokoi moje skołatane nerwy... Nic... cisza... Strasznie tęsknię :(

wtorek, 16 kwietnia 2013

kilka słów wstępu...

Ten blog został założony wiele miesięcy temu. Miał być pamiętnikiem i pomocą w samotnej walce z depresją, fobiami i tym wszystkim z czym muszę się zmagać. Chciałam zacząć od historii mojej choroby, od leków, które nie pomogły, i od tych, które pomagały... miało być o nawrocie choroby po długim czasie...
Miało być...
Przełom roku 2011/2012 był dla mnie wyjątkowo trudny. Najpierw w Boże Narodzenie nagle zmarł mój ukochany owczarek niemiecki- pies wymarzony, idealny, prawdziwy przyjaciel. Zwalilo mnie to z nóg... bo jak to tak nagle? Zaraz po Nowym roku przeżyłam pożar, wybuch butli z gazem. Dwa dni później mój słaby organizm odpowiedział pierwszą w moim życiu prawdziwą grypą i do tego z zapaleniem płuc. 1,5 miesiąca nie mogłam dojść do siebie. Wkrótce bliski mi przyjaciel nagle bardzo źle się poczuł - wzywanie karetki, podejrzenie zawału, szpital. Po wyjściu ze szpitala, kolejny stres, pogrzeb jego ojca. Jakby tego było mało, w lipcu nadeszła okropna burza, która nie oszczędziła nas. Straty wielkie i ogromny strach przed każdym kolejnym pomrukiem nieba. Byłam juz wyczeprana psychicznie. Ale miałam wsparcie Mamy, która potrafiła pocieszyć, uspokoić, tchnąć nadzieję...
Przez rok schudłam 20 kg, codziennie bóle głowy, wymioty, bywało, że nie moglam jeść przez tydzień.
Lekarze szukali, przepisywali leki itp. nic nie pomagało. 31 lipca 2012 miałam umówioną gastroskopię.
To był wtorek. W poniedziałek rozmawiałam z moją jak zwykle radosną mamą, uspokajala mnie, bo bałam się badania. Nawet mnie rozweseliła. Umówiłysmy się na telefon po badaniu. W nocy dostałam wiadomość, że mamę reanimują... szok... nie zdążyłam... zobaczyłam ją już w czarnym worku....
Nie wiem skąd wzięłam siły na zorganizowanie pogrzebu, na wszystkie czynności...
Zostałam sama z moim bólem i podstępną chorobą, która nie pozwalała mi wcześniej na częste spotkania z Mamą.
Wiedziałam, że wkrótce depresja znowu mnie dopadnie, jeszcze mocniej, ze zdwojona siłą.
Jak wygląda teraz moje życie? ból przeogromny! Tęsknota nie do opisania! Strach! A w tle choroba, która mnie zamyka w domu. Do tego ogromne poczucie winy, że nie zdążyłam, nie powiedziałam tego co można było powiedzieć, że nie zrobiłam tylu rzeczy, które mogłam zrobić... I, że to nie odwracalne!!!
Nie mam już mojego największego wsparcia- Mamy, która była optymistką, wiecznie uśmiechniętą, niosącą pomoc każdemu. Jeszcze przyłapuję się, że biorę telefon i chcę jej coś powiedzieć... ale nikt nie podnosi słuchawki... Jest pustka, ogromna pustka. Życie toczy się dalej, ale jakby obok mnie...
za tydzień urodziny Mamy... rok temu nie byłam w stanie wstać z łóżka i pojechać do niej. Nie mogę sobie wybaczyć, że mnie nie było na Jej ostatnich urodzinach... co ze mnie za człowiek? Czuję się beznadziejnie...